Emerytury – cud, mit czy kit?
Otóż zawsze, kiedy słyszę polityków albo różnej maści urzędników, którzy z kamienną twarzą zapewniają, że coś „nie może się stać”, że „nie oddamy nawet guzika”, że „socjalizmu będziemy bronić jak niepodległości” – zapala mi się czerwona lampka. Bo wiem, czym takie deklaracje zazwyczaj się kończyły. Katastrofą, która spadała z nieba jak bomba, chociaż przez całe miesiące mówiono, że niebo jest bezchmurne.
Dlatego, ilekroć patrzę dziś na Zakład Ubezpieczeń Społecznych – to serce mi nie tyle rośnie, co dziwnie pulsuje z niepokojem. Przypominam sobie wypowiedzi poprzedniej prezes, pani prof. Gertrudy Uścińskiej, która z absolutnym spokojem oświadczyła, że ZUS to najlepszy system zabezpieczenia na starość, jaki istnieje. Obecny prezes, pan Zbigniew Derdziuk -marszczy brwi, patrzy prosto w obiektyw kamery i z pełną powagą mówi: „ZUS nie zbankrutuje”.
Gdzie się podziały nasze składki? ZUS lat 90
Młodsi pewnie nawet nie słyszeli – że ZUS już kiedyś zbankrutował. Precyzyjniej: ujawnił swoją prawdziwą naturę, choć nikt nie nazwał tego po imieniu. Nie tyle cenzura ukrywała prawdę, co przesłaniała ją zbiorowa nieświadomość. Brak wiedzy.
Lata 80. i 90., socjalizm umiera na stojąco. Kapitalizm rodzi się w bólach, z protezą zamiast planu. Tysiące zakładów przemysłowych gasły jak latarnie po przerwaniu zasilania. Miliony ludzi traciły pracę, dochód i sens. A nowa władza – ta od okrągłego stołu i nowoczesnych pomysłów – oznajmiła, że „nie ma problemu”. Wprowadzono wcześniejsze emerytury – nawet od pięćdziesiątego roku życia. Kombinowano z rentami, świadczeniami pomostowymi, pseudozasiłkami – byle jakoś zamieść kryzys pod dywan. W międzyczasie Jacek Kuroń ( minister w swetrze) wymyślił zupę, bo system nie miał już nic innego do zaoferowania poza talerzem czegoś ciepłego.
Nagle pewnego dnia miliony – tych, którzy przez dziesięciolecia odprowadzali składki, bo „tak trzeba” – dowiedziały się, że ich pieniędzy po prostu nie ma.
Jak to: nie ma!? Gdzie są!? Co się z nimi stało!? Coście z nimi zrobili!? Zwolnieni z hut, z kopalń, z przemysłowych molochów – okupowali telewizję, domagali się wyjaśnień, które nigdy nie nadeszły. Kamery pokazywały ich twarze. Zdezorientowane, wściekłe, złamane – jakby właśnie się dowiedzieli, że życie, które przeżyli, było żartem systemu. Widziałem to na własne oczy. Byłem przy tym.
Dziura, dodruk, zupa
ZUS zbankrutował wtedy – w sensie technicznym. Okazało się iż przemysł, którego już nie ma, nie odprowadza składek, to… nie ma też świadczeń. Nie ma wpłat – nie ma wypłat.
Ówcześni premierzy – a było ich w trzy lata aż trzech: Mazowiecki, Bielecki, Olszewski – nie kryli zaskoczenia. To naprawdę tak działa? To się nie bilansuje? To nie perpetuum mobile? Prezydent Wałęsa, który zasadniczo zajmował się grą w ping-ponga, w przerwach meczów wysłuchiwał przestrogi: „- Panie Lechu, system się sypie.” „- To go potrząśnijcie!” – doradzał w całej swej elokwencji.
Dziurę w cash flow – łatano dodrukiem gotówki. Bo trzeba było jakoś zapłacić ludziom. których „Solidarność” porzuciła na polu bitwy o reformy. Mieli dostać „lepsze jutro”, a dostali zupę Kuronia i najtańszy pasztet drobiowy z etykietą „dla ubogich”.
Pojawił się Balcerowicz – jak zjawisko ekonomiczne. Zapewniał, że magiczna ręka wolnego rynku wszystko wyrówna. Trzeba tylko poczekać. Zacisnąć zęby. Czekano.
Matka natura pomogła w bilansie, ludzie umierali.
Wtedy właśnie ZUS – bez fanfar, bez konferencji, bez aktu zgonu – pokazał, czym jest naprawdę: ruchem pieniędzy w systemie, który się właśnie zatrzymał.
Balcerowicz i chilijskie fiasko
Potem nastał Balcerowicz w pełnym wymiarze. Uznał, że tak, jak jest, być nie musi. Zaimportował z Chile system ubezpieczeń społecznych, który już dziś dobitnie świadczy, że pan wicepremier nie do końca rozumiał zasady wolnego rynku, mimo że był ich gorącym orędownikiem. Miłość – jak wiadomo – bywa ślepa. Przez kilkanaście lat Polska stopniowo odchodziła od systemu repartycyjnego, opartego na bieżących składkach i świadczeniach, w stronę pozornego systemu kapitałowego, który opierał się na indywidualnych kontach i obietnicy, że „twoje składki pracują”. Prawdziwa skala tej iluzji ujawniła się, gdy przyszło do wypłaty pierwszych emerytur z nowego systemu. Kwota? 20 złotych. Tyle wyniosła emerytura wygenerowana przez to „dzieło” Balcerowicza.
System w stylu chilijskim zbankrutował – podobnie jak jego południowoamerykański pierwowzór. Państwo musiało przejąć zobowiązania, a całe konstrukcje OFE i kont kapitałowych zostały w praktyce wycofane lub wchłonięte przez ZUS.
Dziś mamy do czynienia z paradoksem: ZUS wygląda niemal dokładnie tak, jak za czasów PRL. Ponownie mamy centralny system rozdzielający pieniądze, brak realnego kapitału i pełną zależność od bieżących wpływów oraz budżetu państwa. Zmieniły się tylko hasła – mechanizm pozostał ten sam.
Fusy w FUSie
Zakład Ubezpieczeń Społecznych zarządza tzw. FUS-em, czyli Funduszem Ubezpieczeń Społecznych. W teorii to centralny skarbiec polskiego systemu emerytalnego. W praktyce FUS jest po prostu numerem konta bankowego w Banku Gospodarstwa Krajowego, przez które pieniądze przepływają, ale nigdy się nie gromadzą. To konto nie tylko nie jest pełne – ono jest permanentnie puste.
Twarde liczby: w 2022 roku budżet państwa musiał dołożyć do FUS 38,66 mld zł, w 2023 – już 51,65 mld zł, w 2024 – 64,7 mld zł, a według prognoz w 2029 roku deficyt osiągnie 115 mld zł. To oznacza, że system sam się nie utrzymuje. Bez stałych dotacji z budżetu państwa po prostu przestałby wypłacać świadczenia.
Co więcej, Fundusz nie posiada żadnej realnej rezerwy. Nie ma odłożonych pieniędzy na czarną godzinę, nie ma bufora ani zapasów. Każda wypłata jest możliwa tylko dlatego, że co miesiąc wpływają nowe składki i nowe dotacje z budżetu. Jeśli któryś z tych strumieni zawiedzie – system przestaje działać. To konstrukcja oparta na ciągłym ruchu, jak jazda na rowerze: jeśli się zatrzymasz – przewracasz się.
60 dni do katastrofy
To oczywiście prawda – jak twierdzą niektórzy ekonomiści z tytułami – że państwo zawsze będzie dopłacać z podatków do emerytur. Tak po prostu działa system repartycyjny. Ale życie pisze inne scenariusze. I są sytuacje, które mogą rozwalić ten system całkowicie – w sześćdziesiąt dni.
Wyobraźcie sobie, co się dzieje, gdy osiem milionów ludzi stwierdza 5., 15. albo 20. dnia miesiąca, że przelew z ZUS nie przyszedł. I tak przez dwa miesiące z rzędu. W warunkach polskich to nie opóźnienie, to eksplozja społeczna. A jak to się może wydarzyć?
Państwo na blokadzie
Wcale nie potrzeba kataklizmu. Wystarczy przedłużający się kryzys parlamentarny, jakich coraz więcej w czasach Hołowni, Morawieckiego czy Brauna. Sejm nie uchwala nowelizacji ustawy budżetowej. Dotacje do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych bez nowej ustawy są nielegalne. Minister finansów nie może dołożyć pieniędzy, bo złamałby prawo. Rower staje.
Bunt pieczątek
Wewnątrz samego ZUS-u dojrzewa ferment, o którym nikt głośno nie mówi. Pracownicy, w przeważającej większości kobiety, od lat pracują pod presją, w systemie elektronicznym którego nie rozumieją, a ten odbiera im sprawczość i sens pracy. Coraz częściej zadają sobie pytanie: „Czy ja tu jeszcze jestem urzędniczką, czy tylko pieczątką w rękach algorytmu?” I teraz na przykład pojawia się jedna osoba – Anna Walentynowicz ZUS-u. Kobieta, której naubliżała sztuczna inteligencja, wdrażana jako „asystent decyzji”. Popełnia samobójstwo w służbowej toalecie. Wywołuje poruszenie, bunt moralny, potem strajk. System wypłat staje, bo nikt nie chce podpisywać decyzji wygenerowanych przez maszynę.
Ucieczka z systemu
Na zewnątrz systemu nie jest lepiej. Składki ZUS są już dziś na granicy absurdu. W ciągu ostatnich trzech lat wyrejestrowano około siedmiuset tysięcy działalności gospodarczych – wielu przedsiębiorców po prostu nie było stać na dalsze płacenie. To ludzie poza systemem. I teraz wyobraźmy sobie, że Ministerstwo Finansów w swojej twórczej gorliwości postanawia jeszcze bardziej podnieść składki. Co robi pokolenie Z i Alfa? Zakładają działalności bez rejestracji, przechodzą na kryptowaluty, znikają.
ZUS działa dziś tylko dlatego, że dziewięćdziesiąt procent płatników płaci bez zająknięcia i w terminie. Nie ma szybkiego mechanizmu windykacji. A co, jeśli nagle płaci tylko czterdzieści procent? Jesteśmy w czarnej dziurze.
Przelew, którego nie da się wykonać
Do tego wystarczy dodać jeden z pozornie drugorzędnych czynników: awarię techniczną, błąd w systemie bankowym, cyberatak, sankcję międzynarodową. ZUS nie przechowuje pieniędzy – działa przez konta w BGK. Wystarczy, że rachunki zostaną czasowo zamrożone, a system rozliczeniowy przestanie działać. Nie można fizycznie wykonać przelewów. Kasa jest, ale nie do ruszenia. Ludzie nie dostają nic.
Błąd w algorytmie rzeczywistości
Wreszcie ostatnia – najbardziej współczesna i realna groźba: konflikt algorytmiczny. ZUS coraz bardziej opiera się na zautomatyzowanych decyzjach. PUE, automatyczne wyliczenia, wnioski online. Wystarczy jedna aktualizacja algorytmu, która nie zgadza się z nowelizacją ustawy. Decyzje są generowane błędnie. Wnioski są rozpatrywane źle. System nie wie, co robi. A nikt nie potrafi go już ręcznie zatrzymać ani ręcznie pobudzić.
Wyobraźmy sobie, że 8 milionów przelewów miesięcznie w przypadku awarii systemu musieliby wysłać ludzie!?
Okazuje się, że system ZUS nie istnieje naprawdę. Jest tylko zbiorem danych, sprzecznych aktów prawnych i niedomagającym software’em. Iluzją, która działała tylko dlatego, że nikt jej nie testował w warunkach stresu.
Onet tego nie podał, więc to się nie dzieje
ZUS raczej nie upadnie z braku pieniędzy. ZUS może upaść z powodu wewnętrznego błędu. Ludzkiego lub systemowego. Z powodu ciszy w Sejmie. Z powodu kobiety w łazience. Z powodu jednego przycisku, który nie zadziała. I wtedy nie będzie żadnej emerytury. Bo nie będzie kto, z czego, ani jak.
Zastanawia mnie, jak to możliwe, że władza nie dostrzega problemu, który wisi nad państwem jak cień. W debacie prezydenckiej punktem zapalnym okazało się to, że dwa tysiące dzieci zaraziło się „smartfonowymi wirusami”, oszalało i teraz nie może dostać się do psychiatry dziecięcego w Warszawie. To, owszem, poważny problem. Ale fakt, że narodowy system ubezpieczeń społecznych ma raka – już nikogo nie rusza.
Może dlatego, że Onet – zasilany reklamami z ZUS-u – jeszcze o tym nie napisał. A skoro temat nie pojawił się w ich paskach, to kandydaci na prezydenta najpewniej po prostu o sprawie nie wiedzieli.
Poprzednia publikacja
Emerytura albo śmierć. Mundury jeszcze nie gotowe
Następna publikacja