antyZUSowcy

Tajemniczy Prezes ZUS

ZUS to instytucja nieprzejrzysta, funkcjonująca w stanie permanentnego wyjątku. Nad całością wisi fasadowa Rada Nadzorcza – ciało pozbawione realnych kompetencji i merytorycznej sprawczości1.

ZUS dysponuje natomiast uprawnieniami quasi-śledczymi, sądowymi i egzekucyjnymi2. Co to oznacza w praktyce? Choćby to, że pozew przeciwko ZUS należy złożyć za pośrednictwem samego ZUS3.

To tak, jakby ofiara policyjnej brutalności musiała składać skargę za pośrednictwem swojego oprawcy. Urząd działa jak cichy terrorysta: nie potrzebuje broni – wystarczy klawisz „Enter”. I nagle człowiek – albo fragment jego historii – znika z systemu.

Bez środków do życia, bez informacji, bez możliwości obrony4.

Cyfrowa dystopia

Ale pytanie zasadnicze brzmi: kto to stworzył? Kto za to odpowiada? Odpowiedzialność nie rozmywa się w systemie jak atrament w wodzie. Istnieje konkretne nazwisko.

I chociaż być może – jak się później przekonamy – na końcu tej historii pojawi się jeszcze jedno, dwa, a może trzy inne imiona, dziś jedno pozostaje centralne: Zbigniew Derdziuk. Obecny prezes ZUS.

System obowiązkowego ubezpieczenia, który dziś raczy nas absurdem na każdym kroku, nie powstał z dnia na dzień. Był projektowany latami, a Derdziuk, który od 2024 roku ponownie piastuje stanowisko prezesa ZUS, był jednym z jego architektów.

W swojej pierwszej kadencji (2009–2015) Zbigniew Derdziuk budował fundamenty obecnego „nowoczesnego ZUS-u”. To właśnie wtedy wdrażano e-ZLA, Platformę Usług Elektronicznych (PUE) oraz zautomatyzowane systemy zasiłkowe.

Na papierze wyglądało to jak postęp. W praktyce – jak cyfrowa wersja kafkowskiego koszmaru: formularz, którego nie da się wysłać; decyzja, którą sąd może skorygować dopiero po trzech latach; algorytm, który nie zna słowa „empatia” – i na dodatek nie działa. Bo system ZUS nie potrafi liczyć, ale to już materiał na osobną opowieść.

Mamy dziś instytucję, która w 1985 roku zatrudniała 30 tysięcy urzędników i obsługiwała 15 milionów klientów. Dziś zatrudnia 47 tysięcy urzędników i nadal obsługuje 15 milionów klientów. Z tą różnicą, że w międzyczasie wyposażono ich w „pomagające” komputery za wiele miliardów złotych.

Zbigniew Derdziuk wcześniej asystował także przy słynnej reformie emerytalnej Balcerowicza z 1999 roku – był wówczas sekretarzem stanu w rządzie Jerzego Buzka. Tak, tej samej reformie, która rozmontowała system repartycyjny i wprowadziła iluzoryczny kapitał emerytalny.

Skutki tej reformy okazały się na tyle poważne, że sam Derdziuk musiał je później – już jako prezes ZUSrozbrajać niczym miny przeciwpiechotne.

Dziś wrócił. Po dziewięciu latach przerwy znów zasiada w fotelu prezesa. I choć z łatwością mógłby powiedzieć – jak zresztą często podkreśla – że nie ponosi winy za stan instytucji przejętej po prof. Gertrudzie Uścińskiej i rządach PiS-u („to nie ja, to prawo, to wina ustawodawcy”), prawda jest inna.

To właśnie on w znacznej mierze ten system zaprojektował, wdrożył i utrwalił.

ZUS-u nie da się popsuć w rok. Ale jeśli ktoś miałby psuć go systematycznie przez ćwierć wiekuZbigniew Derdziuk był przy tym niemal zawsze.

Cyfrowa dystopia

Ale pytanie zasadnicze brzmi: kto to stworzył? Kto za to odpowiada? Odpowiedzialność nie rozmywa się w systemie jak atrament w wodzie. Istnieje konkretne nazwisko.

I chociaż być może – jak się później przekonamy – na końcu tej historii pojawi się jeszcze jedno, dwa, a może trzy inne imiona, dziś jedno pozostaje centralne: Zbigniew Derdziuk. Obecny prezes ZUS.

System obowiązkowego ubezpieczenia, który dziś raczy nas absurdem na każdym kroku, nie powstał z dnia na dzień. Był projektowany latami, a Derdziuk, który od 2024 roku ponownie piastuje stanowisko prezesa ZUS, był jednym z jego architektów.

W swojej pierwszej kadencji (2009–2015) Zbigniew Derdziuk budował fundamenty obecnego „nowoczesnego ZUS-u”. To właśnie wtedy wdrażano e-ZLA, Platformę Usług Elektronicznych (PUE) oraz zautomatyzowane systemy zasiłkowe.

Na papierze wyglądało to jak postęp. W praktyce – jak cyfrowa wersja kafkowskiego koszmaru: formularz, którego nie da się wysłać; decyzja, którą sąd może skorygować dopiero po trzech latach; algorytm, który nie zna słowa „empatia” – i na dodatek nie działa. Bo system ZUS nie potrafi liczyć, ale to już materiał na osobną opowieść.

Mamy dziś instytucję, która w 1985 roku zatrudniała 30 tysięcy urzędników i obsługiwała 15 milionów klientów. Dziś zatrudnia 47 tysięcy urzędników i nadal obsługuje 15 milionów klientów. Z tą różnicą, że w międzyczasie wyposażono ich w „pomagające” komputery za wiele miliardów złotych.

Zbigniew Derdziuk wcześniej asystował także przy słynnej reformie emerytalnej Balcerowicza z 1999 roku – był wówczas sekretarzem stanu w rządzie Jerzego Buzka. Tak, tej samej reformie, która rozmontowała system repartycyjny i wprowadziła iluzoryczny kapitał emerytalny.

Skutki tej reformy okazały się na tyle poważne, że sam Derdziuk musiał je później – już jako prezes ZUSrozbrajać niczym miny przeciwpiechotne.

Dziś wrócił. Po dziewięciu latach przerwy znów zasiada w fotelu prezesa. I choć z łatwością mógłby powiedzieć – jak zresztą często podkreśla – że nie ponosi winy za stan instytucji przejętej po prof. Gertrudzie Uścińskiej i rządach PiS-u („to nie ja, to prawo, to wina ustawodawcy”), prawda jest inna.

To właśnie on w znacznej mierze ten system zaprojektował, wdrożył i utrwalił.

ZUS-u nie da się popsuć w rok. Ale jeśli ktoś miałby psuć go systematycznie przez ćwierć wiekuZbigniew Derdziuk był przy tym niemal zawsze.

Człowiek Renesansu Administracji

Karierę rozpoczynał jako zastępca dyrektora, a następnie dyrektor Biura Planowania Strategicznego w TVP. Później był dyrektorem Biura Zarządu Telewizji Familijnej (TV Puls). Pełnił także funkcję konsultanta międzynarodowego w Hay Group (Polska, Ukraina) oraz zasiadał w radzie nadzorczej OBOP.

W administracji publicznej zajmował stanowiska sekretarza stanu i zastępcy szefa Kancelarii Prezesa Rady Ministrów (1998–1999 oraz 2005–2006), przewodniczącego Komitetu Stałego Rady Ministrów (2005–2006, 2007–2009), ministra bez teki w rządzie Donalda Tuska (2007–2009), sekretarza miasta Warszawy (2006) oraz – dwukrotnieprezesa Zakładu Ubezpieczeń Społecznych (2009–2015 i od 2024 roku).

W sektorze finansowym pełnił funkcje zastępcy dyrektora w PKO BP, dyrektora departamentu w Polskim Banku Inwestycyjnym, dwukrotnie wiceprezesa Banku Pocztowego oraz doradcy zarządu mBanku. Zasiadał również w radach nadzorczych BGK i Totalizatora Sportowego.

W biznesie był członkiem rad nadzorczych m.in. Amiki Wronki, PZU, Postdaty, Scanmedu, Winuela oraz Metra Warszawskiego, a od 2020 roku pełnił funkcję prezesa zarządu Roma Office Center (spółka Episkopatu Polski).

Uczestniczył w projektach doradczych Polskiej Agencji Informacyjnej, Forum Debaty Publicznej (przy prezydencie Kaczyńskim) oraz w nieujawnionych strukturach spółek Skarbu Państwa.

Na arenie międzynarodowej działał jako przewodniczący Komisji Kontroli oraz Komisji Technicznej Międzynarodowego Stowarzyszenia Zabezpieczenia Społecznego (ISSA), a także jako przewodniczący Komitetu Sterującego Europejskiej Sieci ISSA (IEN). Współpracował również z Polskim Stowarzyszeniem Ubezpieczenia Społecznego (PSUS).

Możliwe, że coś pominęliśmy – w takim razie przepraszamy. Jeśli pan prezes raczy się odezwać, oczywiście z przyjemnością wszystko sprostujemy.

Na razie jednak czytamy jego CV jak Księgę Rekordów Guinnessa napisaną gotykiem: ponad 30 funkcji, w tym wiele jednocześnie, równolegle, synchronicznie, bezkolizyjnie – jakby czas dla Derdziuka był rozciągliwy, a materia ludzka z gumy.

Spójrzmy uczciwie: nikt nigdy nie zapytał, jakim cudem jeden człowiek mógł równolegle kierować ZUS-em i ISSA, zasiadać w radach nadzorczych banków i firm technologicznych, być doradcą międzynarodowym i jeszcze zwoływać konferencje w Genewie i Doha.

W latach 2009–2013 pełnił co najmniej pięć funkcji jednocześnie – i to nie w kółku różańcowym, lecz w organizacjach, które same twierdzą, że wymagają pełnego zaangażowania. W innych pięciolatkach funkcji było „zaledwie” po trzy, co i tak oznacza minimum 300 proc. przeciętnego obłożenia.

No więc jak? Bilokacja? Multilokacja? Być może jego doba ma 60 godzin. Może nie śpi. A może to pierwsza odnotowana w III RP manifestacja nadczłowieka.

Tytan pracy. Stachanowiec 5000 proc. Kosmiczny urzędnik.

Życiorys pisany niewidzialnym atramentem

Ale tu pojawia się pytanie drugie, nieco bardziej przyziemne: co on właściwie robił w tych wszystkich instytucjach? Bo kiedy człowiek zaczyna szukać – nie znajduje nic.

Żadnej książki. Żadnego raportu sygnowanego nazwiskiem Derdziuk. Żadnej autorskiej koncepcji strategicznej. Żadnej wypowiedzi systemowej, reformy, krytyki, idei. Nawet w ZUS nie sposób znaleźć dokumentu jego pióra.

A jeśli już coś się pojawia, to z odległych czasów. Na przykład ostatnie znane oświadczenie majątkowe pochodzi sprzed 17 lat, z okresu pracy w Urzędzie Rady Ministrów.

Generalnie rzecz biorąc, Zbigniew Derdziuk to postać z gatunku urzędniczych duchów. Człowiek niewidzialny – jak Markus Wolf ze Stasi enerdowskiego wywiadu – specjalizujący się w infiltracji struktur państwa prawa.

Zawsze gdzieś jest, ale nigdy nie wiadomo dokładnie: co robi, na jakiej podstawie, z czyjego polecenia i w jakim celu.

Jego funkcje to zazwyczaj enigmatyczne stanowiska drugiego szeregu, których nazwy brzmią, jakby pochodziły z gry fabularnej dla biurokratów: zastępca kogoś, członek czegoś, przewodniczący czegoś innego, sekretarz Komitetu Czegoś Jeszcze. Minister bez teki, dyrektor szafki woźnego, prezes bez podpisu.

To człowiek o nieokreślonych kompetencjach, mglistych zadaniach i szerokim spektrum możliwości, których nikt nie potrafi zdefiniować, ale wszyscy domyślają się, że lepiej z nim nie zadzierać.

Bo skoro nie wiadomo, co robi – to może robi wszystko? Albo jeszcze gorzej: może robi nic, ale na takim poziomie, że aż boli.

Hobby? Miejsce zamieszkania? Dzieciństwo? Stan posiadania? Pozazawodowe zainteresowania? Skromność zapewne nie pozwala mu się tym chwalić. Albo to po prostu element strategii: im mniej wiadomo, tym lepiej funkcjonuje.

Na ślad życia prywatnego Zbigniewa Derdziuka trafiliśmy – gdzieżby indziej – w niemieckiej Wikipedii. To tam, między encyklopedią a aktem łaski, pojawia się jedyne dostępne zdanie:

„Zbigniew Derdziuk ist verheiratet und hat zwei Söhne.”

Żonaty. Dwóch synów. Kropka.

My natomiast dotarliśmy do zupełnie innej wersji: dzieci było czworo, nie dwoje, a żona również pracowała.

Czyli innymi słowy: nie tylko multietat, ale i multitata. Człowiek, który równolegle zarządzał instytucjami państwa i domem z czwórką dzieci.

Czy Zbigniew Derdziuk istnieje?

A przecież mówimy o człowieku, który zarządza środkami do życia milionów ludzi i jest szefem drugiej największej instytucji finansowej w Polsce (po NBP).

Człowieku, którego podpis – lub jego brak decyduje o emeryturze, rencie, zasiłku, o być albo nie być dla milionów. Czy naprawdę nie powinniśmy oczekiwać od takiej osoby choćby minimalnej przejrzystości?

Jakiejkolwiek informacji: że mieszka tu lub tam, że posiada dom albo go nie posiada, że ma lub nie ma udziałów w spółkach Skarbu Państwa, że nie pobiera wynagrodzenia w pięciu miejscach naraz.

Tymczasem oświadczenie majątkowe prezesa ZUS – choć wymagane ustawowo – pozostaje niewidzialne jak sam prezes. Nie w BIP. Nie w dokumentach ZUS. Nie w ministerstwie.

Może istnieje. A może – jak Bóg w filozofii św. Anzelma – istnieje wyłącznie potencjalnie. Derdziuk pozostaje nienamacalny, poza zasięgiem jawności, przezroczysty jak szkło pancerne.

Państwo prawa jest w tej konstrukcji raczej zasłoną niż zasadą.

Coś tu się zwyczajnie nie klei. Fakty się rozłażą, logika szwankuje, a rachunek czasu i przestrzeni przestaje działać.

W tej sytuacji, z braku twardych danych, należałoby postąpić zgodnie z radą Alberta Einsteina, który twierdził, że wyobraźnia jest ważniejsza niż wiedza.

A zatem: skoro nie możemy wykluczyć żadnej roboczej hipotezy, to nie wykluczajmy.

Być może więc Zbigniew Derdziuk nie jest jedną osobą. Może jest ich wielu. Może to kolektyw. Może klon. Może zbiorowość. A może materialny nośnik sił nadprzyrodzonych, które posługują się nim jako przekaźnikiem.

Istnieje też hipoteza bardziej praktyczna: że Derdziuk nie pełni tych wszystkich funkcji osobiście, lecz jedynie przekazuje i odbiera urzędowe e-maile w imieniu jakiegoś ciała wyższego rzędu.

I co? Śmiech? Niedowierzanie?

A jednak – bingo.

Prezes, kapucyn i egzorcysta

Z naszych ustaleń wynika, że identycznych Derdziuków jest co najmniej dwóch, a w sumie było ich czterech (jeden zmarł w 2020 roku). Ten trzeci jest bardzo podobny do dwóch pozostałych; co do brata Derdziuka, który nie żyje, nie możemy się wypowiadać.

Derdziuk numer dwa to brat bliźniak Derdziuka numer jeden. Dla kamuflażu nosi popią brodę i habit, ale to się – jak wiadomo – da odkleić.

Oficjalnie funkcjonuje jako o. dr hab. Andrzej Derdziuk OFMCap, prof. KUL – zakonnik, kapucyn, członek PAN od spraw nauki o Bogu (istnienie niepotwierdzone), specjalista od cnoty ubóstwa oraz przypisu bibliograficznego.

W przeciwieństwie do swojego brata–prezesa, kapucyn Derdziuk pisuje i publikuje, choć nie są to literackie petardy. Raczej stylowa ramota teologiczna, do nabycia w wydawnictwach kościelnych i do cytowania w homiliach o umiarkowanym zasięgu.

Od „Aretologii konsekrowanej”, przez „Szatę świadectwa”, aż po „W odpowiedzi na dar Miłości”. Dorobek przypomina skrypt z życia wewnętrznego, który zawsze kończy się moralną konkluzją i bibliografią watykańską.

Jako akademik nie jest przeciążony pracą, więc nie można wykluczyć, że od czasu do czasu podszywa się pod brata. To tłumaczyłoby obserwacje, jakoby Zbigniew Derdziuk był widywany w trzech miejscach jednocześnie: w ZUS, w Genewie oraz w sali konferencyjnej KUL.

Ale jest jeszcze Derdziuk numer trzy. Nie – to nie są trojaczki, choć podobieństwo do braci jest uderzające. Mowa o księdzu dr. Eugeniuszu Derdziuku, kapelanie Jego Świątobliwości (co samo w sobie brzmi jak tytuł z „Diuny”), duszpasterzu Wspólnoty Apostolstwa Dzieła Pomocy dla Czyśćca – tam, gdzie trafiają głównie klienci prezesa ZUS.

A do tego: egzorcysta. Tak, dobrze czytasz – egzorcysta.

Wypędza z ludzi mefistofelesa, lucyfera i inne złe duchy, o czym można się przekonać na własne oczy – wystarczy wpisać jego nazwisko na YouTube. Znajdziesz nagrania, na których opowiada o swoich zwycięstwach nad Szatanem, jakby relacjonował rozgrywki Ligi Mistrzów.

Aha – i jeszcze jedno. Jest autorem książki pt. „Mnisi iroszkoccy: Św. Kolumban Młodszy – ewangelizacja Europy”. Tak, o Kolumbanie. Tak, naprawdę.

Derdziuk 1
Derdziuk 1
Derdziuk 2
Derdziuk 2
Derdziuk 3
Derdziuk 3
Derdziuk 4
Derdziuk 4

Trójca święta ZUS-u: Derdziuk, Derdziuk i Derdziuk

I tu zaczyna się robić naprawdę ciekawie. Bo skoro Derdziuk numer trzy posiada autoryzowany kontakt z zaświatami, a Derdziuk numer dwa prowadzi wykłady z moralności zakonnej, to bardzo możliwe, że obaj przekazują Derdziukowi numerowi jeden (temu od ZUS) tajemną wiedzę – via e-mail, ewentualnie przez jakiś protokół teologiczno-służbowy.

Rola Derdziuka numer cztery (zmarłego) nie jest – ani nie była – w tym mechanizmie do końca jasna.

Organoleptycznie rzecz biorąc, cała trójka Derdziuków wykazuje cechy medium. Utrzymują stały kontakt z wymiarem organizacyjno-duchowym, prawdopodobnie zlokalizowanym gdzieś pomiędzy Planistyką Centralną a Kręgiem Opóźnionej Decyzyjności.

Nie jest wykluczone, że to właśnie z tej strefy pochodzi wiedza, na podstawie której ZUS potrafi odmówić wypłaty świadczenia, którego jeszcze nie było, ponieważ zostało błędnie zdefiniowane w wymiarze egzystencjalnym.

Na koniec zostaje już tylko jedno pytanie: czy naprawdę mamy do czynienia z osobą fizyczną, czy raczej z instytucją rodzinną o mocy konstytucyjnej i eschatologicznej zarazem.

To byłoby wreszcie jakieś wytłumaczenie hiperpracowitości. Derdziuk numer jeden (czyli ten oficjalny, z pieczątką i legitymacją ZUS) działa bowiem obecnie w ramach co najmniej trzech osób, które mogą się między sobą wymieniać, sztachlować obowiązkami, występować rotacyjnie, a nawet zamieniać miejscami w zależności od pogody, nastroju lub potrzeby odmowy wypłaty zasiłku.

Software od Boga, hardware od Derdziuka

Ale istnieje też inna hipoteza. Być może wcale nie chodzi o czterech Derdziuków. Być może chodzi o to, że za tym jednym interfejsem stoi cała organizacja. Cała rama. Cała sieć. Cały duchowy mainframe.

Zbigniew Derdziuk jest absolwentem Universidad de Navarra w Hiszpanii – uczelni założonej i prowadzonej przez Opus Dei, czyli nieformalną, lecz niebywale wpływową organizację katolicką działającą na styku sacrum, bankowości i polityki personalnej, podległą bezpośrednio papieżowi.

Co więcej, jeszcze w swojej poprzedniej kadencji w ZUS Derdziuk wysłał co najmniej trzech zaufanych pracowników na szkolenia do tej samej uczelni. Oficjalnie – rozwój kompetencji menedżerskich. Nieoficjalnie – kurs wstępny dla przyszłych członków technokratyczno-teologicznego rdzenia państwa.

Nie da się wykazać, że Zbigniew Derdziuk jest członkiem Opus Dei. Nie da się też wykazać, że nim nie jest. Tak samo jak nie da się wykazać przynależności do tej organizacji Mariusza Błaszczaka (choć w tym przypadku – pozwólcie – byłoby to wyjątkowo karkołomne), ani też niektórych polityków znanych z przeszłości, jak Wiesław Walendziak czy Kazimierz Marcinkiewicz.

Dlaczego? Bo lista członkowska Opus Dei jest niejawna. To nie klub piłkarski, gdzie sprawdza się skład. Nikt nie nosi legitymacji. Nikt nie przypina znaczków. Wszyscy są – jakby ich nie było.

Ale trudno. Zaryzykuję. Jeśli trzeba będzie iść do sądu – niech tak będzie.

Uważam, że Zbigniew Derdziuk – dziecko Boże, prezes ZUS i absolwent uczelni Opus Dei – jest funkcjonariuszem Dzieła Bożego.

I to właśnie tam, a nie w Radzie Nadzorczej ZUS ani w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, należy szukać jego prawdziwych mocodawców. To stamtąd płynie jego siła. To stamtąd przychodziło natchnienie do informatyzacji ubezpieczeń społecznych.

I to stamtąd – co również da się wyczytać z koneksji rodzinnych – emanuje zbiorowy mózg, który aktualizuje Derdziuka jak system operacyjny.

Naturalny umysł Derdziuka, sądząc po wypowiedziach dla mediów takich jak Radio ZET, Rzeczpospolita czy PAP, wydaje się równie wyrafinowany, co program nauki o społeczeństwie w zawodówce dla elektryków.

Jego złote myśli to: „ZUS nie zbankrutuje”, „AI pomoże”, „Składki to podstawa”.

Agentura, klony czy po prostu bałagan?

Czy to jest problem, że ZUS-em kieruje agentura katolickich intelektualistów – podporządkowana innemu państwu (tj. Watykanowi) – albo, alternatywnie, konsorcjum zmultiplikowanych Derdziuków, działających w trybie ciągłej synchronizacji?

Tak. Zdecydowanie tak.

Bo o ile jeszcze można byłoby machnąć ręką na mistykę w administracji, o tyle lista błędów, wypaczeń i zaniechań firmowanych przez prezesa Derdziuka (bez podpisu, ale z konsekwencjami) jest już całkiem przyziemna – i bardzo, bardzo długa.

Ale o tym – przy najbliższej okazji. Bo przecież nie możemy wszystkiego powiedzieć naraz.

Pan Derdziuk by tego nie przeczytał. Albo – co bardziej prawdopodobne – czytałby to jednocześnie w trzech egzemplarzach.

Robert Jaruga


  1. Rada Nadzorcza ZUS to teoretycznie dziesięcioosobowy organ reprezentujący interesy rządu, pracodawców i związków zawodowych. W praktyce jest to instytucjonalna atrapa, powoływana przez Prezesa Rady Ministrów i działająca na zasadach urągających współczesnemu pojęciu reprezentatywności społecznej. Szacunkowo członkowie Rady reprezentują nie więcej niż 3% ubezpieczonych. Rada nie może powołać ani odwołać prezesa ZUS – zatwierdza jego kandydaturę wyłącznie formalnie, nie mając realnej alternatywy. Nie posiada wpływu na decyzje operacyjne, nie kształtuje strategii, nie dysponuje prawem weta wobec wewnętrznych zarządzeń. Jej opinie mają wyłącznie charakter doradczy, a posiedzenia Rady są niejawne.
  2. Zob. Antyzusowcy.pl, autor: drwarlecki, „Kontrola absolutna, skuteczność zerowa, miliony w błocie”.
  3. Odwołanie od decyzji ZUS należy złożyć na piśmie za pośrednictwem tego oddziału ZUS, który wydał decyzję. Podstawa prawna: art. 4779 § 2 Kodeksu postępowania cywilnego oraz art. 83 ustawy o systemie ubezpieczeń społecznych.
  4. Według danych Biura Rzecznika Praw Obywatelskich (raporty z lat 2020–2024) co roku wpływa ponad 4 tys. skarg na działania ZUS, dotyczących m.in. przewlekłości, bezczynności oraz niejasnych odmów świadczeń. RPO wielokrotnie wskazywał, że ZUS nie wdraża formułowanych zaleceń.
  5. Zbigniew Derdziuk został ponownie powołany na stanowisko prezesa ZUS w kwietniu 2024 roku na wniosek minister rodziny, pracy i polityki społecznej Agnieszki Dziemianowicz-Bąk (Nowa Lewica).
  6. Informacja o pokrewieństwie ks. dr. Eugeniusza Derdziuka z prezesem ZUS, Zbigniewem Derdziukiem, znajduje potwierdzenie w wypowiedzi ich bliźniaczego brata, o. prof. Andrzeja Derdziuka OFMCap, udzielonej „Przeglądowi Uniwersyteckiemu KUL” z okazji 25-lecia święceń kapłańskich: „Kazanie prymicyjne wygłosił mój rodzony brat, ks. Eugeniusz Derdziuk.” Relację rodzinną potwierdza również wspólny podpis braci na nekrologu śp. Krzysztofa Derdziuka – czwartego z rodzeństwa.

Tekst ten w formie mocno okrojonej i przeredagowanej ukazał się wcześniej w Tygodniku Przegląd.

Numer wydania: 39/2025
Data wydania: 21 września 2025 r.
Wydawca: Fundacja „Oratio Recta”

👁 543 wyświetleń | 💚 33 polubień

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *