Zmowa benksterów i ZUSSmanów
Bank chce Twój ZUS. Dla Twojego dobra, oczywiście
Niewielu Polaków zauważyło, że państwo – pod płaszczykiem walki z patologią – znowu dokręca śrubę przedsiębiorcom. Najpierw była histeria VAT-owska i słynna „zbrodnia VAT-owska” ministra Z., który sam zwiał na Węgry z 26 zarzutami o kradzież publicznych pieniędzy. Potem przyszły e-faktury, JPK-i, split paymenty i cała ta cyfrowa inkwizycja. Logika władzy jest niezmienna: obywatel to naturalny podejrzany, a skoro tak, to odpowiedź brzmi: „dokręcamy śrubę!”.
Problem w tym, że nadmierne uszczelnianie państwa nie wzmacnia gospodarki, tylko ją dławi. To jak z silnikiem spalinowym: wspaniale działa, jeśli elementy są precyzyjnie dopasowane, ale bez luzów konstrukcyjnych nie ruszy w ogóle. Luz to nie wada – to warunek funkcjonowania. Kto jeździł starym autem, ten wie, że większe luzy często oznaczają dłuższą żywotność silnika. Tymczasem nowoczesne diesle już nie robią dwóch milionów kilometrów, bo zostały „zbyt uszczelnione”.
Państwo donosi na przedsiębiorców
No i teraz trafiliśmy na kolejną odsłonę „uszczelniania”: nowelizację ustawy o systemie ubezpieczeń społecznych (Dz.U. z 20 października 2025 r., poz. 1413), która przeszła niemal bez echa, bo i po co o tym mówić. Zgodnie z tą zmianą prywatne instytucje finansowe – banki, firmy pożyczkowe, leasingi, faktorzy, a także inne podmioty gospodarcze – będą mogły uzyskiwać pełne dane rozliczeniowe z ZUS o przedsiębiorcach, pod warunkiem że przedsiębiorca wyrazi na to zgodę. W praktyce dane, które dotąd były wyłącznie wiedzą państwa (czyli kto zalega, na jaką kwotę, od kiedy, w jakim stanie prawnym i czy jest w układzie ratalnym), staną się elementem prywatnej oceny wiarygodności finansowej.
ZUS na żądanie: „dobrowolność” po polsku
Co ważne, katalog uprawnionych jest tak szeroki, że niemal każdy, kto potrafi wykazać się „finansowością”, będzie mógł z tej furtki skorzystać: nie tylko bank, w którym trzymasz konto, lecz również leasingodawca, faktor, firma ubezpieczeniowa czy kontrahent oceniający Twoją wypłacalność zanim podpisze umowę. Innymi słowy – informacja o tym „jak tam u Ciebie w ZUS-ie” przestanie być relacją między Tobą a państwem, a stanie się elementem selekcji gospodarczej.
W praktyce oznacza to, że zanim bank pożyczy Ci złotówkę, może zażyczyć sobie dostępu do Twojego ZUS-u – a Ty będziesz musiał się zgodzić, jeśli chcesz w ogóle rozmawiać o kredycie. „Dobrowolna zgoda” w kapitalizmie to kategoria z gatunku filozoficznych: niby możesz odmówić, ale wtedy to nie rynek odmówi Tobie, tylko Ty odmówisz sobie uczestnictwa w rynku.
Kto komu podsunął ZUS?
W tle tej historii stoi jeszcze jedna rzecz, o której nikt głośno nie mówi: zmowa finansów publicznych z prywatnymi, wymuszona przez sektor bankowy, który od lat marzył o tym, żeby zarabiać sryliony, ale bez ryzyka.
Rynek kredytowy w Polsce to dziwna konstrukcja: wszyscy udają, że banki udzielają kredytów z poczuciem misji, podczas gdy w rzeczywistości chcą robić to samo, co zawsze – alokować kapitał za jak najmniejszy procent ryzyka, najlepiej tak bliski zera, jak tylko pozwoli legislacja.
Nie znamy szczegółów procesu legislacyjnego, bo nikt ich nie pokazał. Nie wiemy, kto komu pierwszy podsunął pomysł, czy to ZBP chodził z notesem po resortach, czy to ministerstwo zapukało do banków, czy też ktoś wpadł na to przy kawie w KNF.
Państwo podpowie bankom, kto zbankrutuje
Wiemy natomiast tyle, ile zawsze można wiedzieć w takich sytuacjach: pomysł przeszedł, sektor finansowy jest zadowolony, a ZUS nabrał wody w usta. Być może nabrał ją z klasowego przyzwolenia, bo nie zapominajmy, że finansiści z ZUS i finansiści z banków siedzą w tych samych ławkach – tylko w różnych momentach życia. Jedni zostali w państwowym sektorze finansowym, drudzy przeszli do prywatnego. Różnica jest w wynagrodzeniach, nie w języku.
W każdym razie skutek jest prosty: biedny sektor bankowy, który od lat narzekał, że przedsiębiorcy są „nieprzejrzyści”, że „brakuje danych”, że „nie ma scoringu”, że „nie można ocenić MŚP”, dostał teraz to, czego chciał – przewód diagnostyczny podpięty nie do konta, ale do państwa. Dzięki temu będzie jeszcze mniej ryzykował, bo państwo zacznie mu podsuwać sygnały o zbliżającym się defaultcie płynnościowym przedsiębiorcy. Banki będą mogły więc jeszcze skuteczniej rozdawać pieniądze tym, którzy ich nie potrzebują, i jeszcze skuteczniej odmawiać tym, którzy ich potrzebują najbardziej.
Gospodarka jak prezerwatywa: niby „uszczelniona”, a pęka
W tym czasie ludzie, którzy cokolwiek produkują – czyli pracują, budują, transportują, montują, wystawiają faktury, czekają na przelewy i modlą się do płynności – będą musieli wić się jeszcze bardziej, żeby dostać zewnętrzne finansowanie, zwłaszcza wtedy, gdy mają dołek, zator albo klienta, który „zapłaci w przyszłym tygodniu”. A że kryzys nie znika przez odmawianie kredytu, tylko się pogłębia – to wszyscy wiemy, choć nie wszyscy chcą o tym mówić.
Efekt jest taki, że trzeba będzie lepiej kłamać, ukrywać, kombinować, rozkładać płatności, przerzucać pieniądze po kontach, a czasem po prostu modlić się do świętego VAT-u ostatnich dni miesiąca.
Tak oto gospodarka się uszczelnia, tłoki w cylindrach zaczynają się zacierać, a silnik, który miał pracować lepiej dzięki precyzji, zaczyna się dusić od braku luzów. Banki będą miały świetny wtrysk danych, państwo będzie miało swoją ewidencyjną satysfakcję, a przedsiębiorca – jak zwykle – będzie pełnił rolę tłoka w układzie, który ma działać perfekcyjnie, ale nie może zatrzymać się nawet na moment.
Poprzednia publikacja
Tajemniczy Prezes ZUS
Następna publikacja