Uleczony podpisem
Nowelizacja, o której nikt nie chce mówić
Zacznijmy od rzeczy, której nikt nam dotąd nie wyjaśnił – może dlatego, że nikt nie miał odwagi.
Otóż w tym samym akcie prawnym, w którym rząd zabrał się za nowelizację przepisów o kontroli L‑4 (czytaj: „jak szybciej i taniej wyłapywać symulantów”), ukryto też zmianę przepisów dotyczących lekarzy orzeczników ZUS1.
A kimże jest taki lekarz orzecznik?
To człowiek, od którego zależy, czy jesteś chory, czy tylko tak ci się wydaje. Możesz mieć zaświadczenia, dokumentację medyczną, rezonans magnetyczny i brak nogi – ale to on ocenia, czy przypadkiem nie możesz tej brakującej nogi zastąpić palcami i podjąć zatrudnienia. Bo praca palcami też jest pracą, a renta to luksus, na który ZUS nie może sobie pozwolić dla każdego, kto się potknie o amputację.
W Polsce jest tych orzeczników około 700. Kasta lekarzy, których magiczny podpis potrafi uleczyć szybciej niż lekarz rodzinny, fizjoterapeuta i cudotwórca w jednym.
Przychodzisz z nowotworem – wychodzisz z „brakiem podstaw”.
Przychodzisz z depresją – wychodzisz z wnioskiem, że przecież chodzisz, więc się nadajesz.
Zostajesz „wyzdrowiony” z dnia na dzień.
Każdy, kto kiedykolwiek stanął przed komisją ZUS, ma nieodparte wrażenie, że nie był tam pacjentem, tylko podejrzanym.
Atmosfera: jak w pokoju przesłuchań.
Ton: jakbyś właśnie próbował wyłudzić zasiłek na fikcyjne dziecko.
Pytania: „A czy sam pan sobie ubrał te spodnie?”, „A czy pan wie, że są tacy, co mają gorzej i pracują?”.
Nad wszystkim unosi się duch fundamentalnego podejrzenia, że Polacy nie są chorzy – tylko leniwi.
A ZUS? No cóż… ZUS nie ma pieniędzy, więc lekarze mają nie mieć serca.
Efekt? Orzecznicy są dziś zawieszeni między:
- sumieniem lekarskim,
- wiedzą medyczną,
- a zarządzeniem nr 4/2023 prezesa oddziału wojewódzkiego, który mówi, że nie może być za dużo rent, bo robi się minus.
W teorii – lekarze.
W praktyce – urzędnicy w kitlu.
Nie diagnozują, tylko klasyfikują.
Nie pomagają – decydują.
Nie patrzą w oczy pacjenta, tylko w tabelkę niezdolności.
Oczywiście nie wszyscy lekarze chcą zostać orzecznikami. W końcu gdzieś tam, głęboko w pamięci po egzaminie z bioetyki, tli się jeszcze łacińska zasada primum non nocere – „przede wszystkim nie szkodzić”. A to jednak trochę trudno pogodzić z działalnością, która polega na odbieraniu ludziom renty, zwolnień i wiary w państwo.
(Nie każdy po studiach medycznych musi być od razu psychopatą. Z wyjątkiem dentystów, oczywiście. I anatomo‑patologów – bo zamiłowanie do zwłok też powinno budzić pytania.)
Ale wracając do ZUS. Tam nikt nie myśli kategoriami: „służymy społeczeństwu”. Nie.
Tam myśli się w kategoriach:
„jak obsadzić pluton egzekucyjny”
No i wiadomo: skoro brakuje chętnych, to trzeba ich kupić.
W ZUS logika jest prosta jak konstrukcja druczka Z‑15A:
Skoro wszystko da się kupić – to czemu nie kupić lekarskiej etyki?
W końcu za odpowiednie pieniądze znajdzie się ktoś, kto przejrzy dokumentację medyczną w trzy minuty.
Dotychczas lekarz orzecznik na etacie ZUS wyciągał ok. 7 tysięcy na rękę. Mało jak na robienie z siebie kata w białym kitlu.
Ale teraz? Dzięki nowelizacji podpisanej przez prezydenta Nawrockiego, lekarz orzecznik może przejść na B2B, czyli:
- nie musi być na etacie,
- nie obowiązują go „pierdołowate siatki płac”,
- może się „dogadać” jak cywilizowany człowiek – przy kawie, paragrafie i Excelu.
No i najważniejsze:
może zarabiać nawet 2,5‑krotność przeciętnego wynagrodzenia, czyli jakieś 20 tysięcy złotych na rękę.
Za taką kwotę to można już przymknąć oko.
Na to, czego uczono na studiach medycznych.
Gdy obywatel płaci urzędnikowi za „niezauważenie” obowiązku – to łapówka.
Gdy władza płaci urzędnikowi za to samo – to nowelizacja ustawy.
Jaki będzie efekt?
Kręgosłupy złamią się łatwiej – zwłaszcza te zawodowe, u młodych medyków, którym wdrukuje się, że „nie robić” bywa premiowane.
Renty i zasiłki będzie trudniej dostać i będzie ich mniej.
O to przecież chodzi: nie o zdrowie, tylko o statystykę.
Powiedzmy sobie szczerze: w nowym układzie także rynek „pod stołem” dostanie waloryzację.
Skoro legalna odmowa działania staje się polityką, to nielegalna – ceną.
Ile?
Tyle, by łapówka miała sens ekonomiczny i przebiła ryzyko.
Jeśli system podnosi próg bólu – koperta musi podnieść stawkę znieczulenia.
Rada dla obu stron tego brudnego uścisku?
Nie będę doradzał złodziejstwa.
Powiem tylko: kiedy państwo uczy, że opłaca się nie wykonywać obowiązków, obywatele uczą się, ile to kosztuje.
I wszyscy mają to „głęboko w sercu” – aż do zawału włącznie.
1 Chodzi o ustawę z dnia 18 grudnia 2025 r. o zmianie ustawy o systemie ubezpieczeń społecznych, podpisaną przez prezydenta w dniu 7 stycznia 2026 r.
Poprzednia publikacja
Umrzeć z klasą
Następna publikacja