antyZUSowcy

Jak zrujnować system i nazwać to reformą?

balcer1
Aby zrozumieć obecną katastrofę, jaką jest ZUS, należy przyjrzeć się postaci prof. Leszka Balcerowicza – człowieka, który nieoficjalnie zwalczał system socjalistyczny (oficjalnie jako członek PZPR go popierał), a jednocześnie umożliwił transformację totalitarnych instrumentów w zakresie ubezpieczeń społecznych do nowej Polski.

Człowiek, który zawsze wiedział lepiej

Profesor Balcerowicz, powszechnie wychwalany jako ojciec ekonomicznej transformacji Polski, rzeczywiście odegrał kluczową rolę w zamianie socjalistycznego waciaka na kapitalistyczny surdut – niestety, dobra krawcowa to z niego nie była. Trudno znaleźć drugą tak wybitną postać, która nawet potencjalnie słuszne reformy potrafiłaby wdrażać z taką finezją destrukcji. Co zrobił dobrze? No właśnie, to pytanie, nad którym głowią się najtęższe umysły. Co zepsuł? Prawie wszystko, czego się dotknął.

Jego obecność w jakiejkolwiek dziedzinie gospodarki była gwarantem problemów. Jeśli istniał jakiś sposób, by pogorszyć sytuację, profesor z pewnością go znalazł i wdrożył z akademicką precyzją. A potem, jak przystało na człowieka wielkiego formatu, z pełnym przekonaniem tłumaczył, że wszystko poszło zgodnie z planem ( jego planem).

Ach, te słynne „reformy”. Geniusz Balcerowicza w pełnej krasie! Masowe bezrobocie? Detal. Likwidacja zakładów pracy? To postęp. Fala bankructw? To kreatywna destrukcja. A przejęcie majątku przez cwaniaków z nomenklatury? No cóż, ktoś przecież musiał zostać milionerem. A że akurat koledzy partyjni? Zbieg okoliczności, zapewne. Za to mieliśmy „urealnioną” cenę dolara i bezbronną gospodarkę. Brawo! Prawdziwy sukces.

Balcerowicz – zgruzuję wszystko

Wszystko, czego Balcerowicz się dotknął, zamieniało się w ruinę. Nieważne, czy mówimy o przemyśle, czy rolnictwie – rezultat zawsze był ten sam: spektakularna katastrofa, oczywiście w imię „koniecznych reform”.

Rolnictwo? Ten, znany ekspert w dziedzinie upraw i hodowli (której, jak można się domyślić, nie rozumiał nawet w najmniejszym stopniu), postanowił pokazać rolnikom, jak wygląda wolny rynek. Efekt? Kompletna destabilizacja sektora, brak wsparcia, mechanizmy stabilizacyjne wyrzucone do kosza, a bankructwa na wsi stały się nową tradycją.

Oczywiście, nie można zapomnieć o „najsłynniejszym” osiągnięciu – samobójstwach rolników, nie tylko tych z byłych PGR-ów, ale i prywatnych gospodarstw, które nie miały szans w nowej, wspaniałej rzeczywistości. Ale przecież nie było się czym przejmować – zgodnie z logiką Balcerowicza, niewidzialna ręka wolnego rynku wszystko naprawi. Tylko szkoda, że dla wielu było już za późno.

Mimo tych kompromitacji, premier Jerzy Buzek, zamiast odsunąć Leszka od wpływu na gospodarkę, powierzył mu stanowisko ministra finansów. Ten zaś, z tą samą determinacją, z jaką wcześniej „reformował” gospodarkę, w 1999 roku przystąpił do gruntownej przemiany polskich ubezpieczeń społecznych.

ZUS zły? Oczywiście, że zły – mordercza składka, nieefektywne zarządzanie, socjalistyczna redystrybucja. Balcerowicz, wizjoner, postanowił więc uzdrowić system. Podzielił go na dwie części: jedna na emerytury, druga na „pracę” w OFE, czyli prywatnych instytucjach, gdzie chciwość (ta dobra chciwość!) miała zdziałać cuda.

Importowana katastrofa

Balcerowicz nie wymyślił tego systemu – bo i po co, skoro można było odgrzać cudzy, sprawdzony przepis? Prawdopodobnie jego założenia powstały gdzieś na kawiarnianej serwetce lub paczce papierosów, bo cały pomysł był tak „genialnie prosty”, że nie wymagał bardziej wyszukanego nośnika.

Do realizacji przedsięwzięcia ówczesny minister Balcer dobrał sobie ludzi równie odklejonych od rzeczywistości co on sam – akademicką elitę, która świetnie czuła się w świecie teoretycznych modeli. W skład tej ekipy weszli: prof. Marek Góra, Jerzy Hausner i Michał Rutkowski.

Wymienieni reformę bezkrytycznie skopiowali z Chile, gdzie José Piñera – minister pracy a potem górnictwa w rządzie Pinocheta – wymyślił genialny sposób na to, jak przenieść odpowiedzialność za emerytury z państwa na obywateli, a przy okazji zrobić złoty interes dla prywatnych instytucji finansowych.

Za władzy Balcerowicza, jak grzyby po deszczu w Polsce zaczęły wyrastać liczne otwarte fundusze emerytalne (OFE) – było ich chyba 16, a każdy z nich miał dla przyszłych emerytów wielką wizję: Hawaje, Bermudy, drinki z palemką i życie na luzie po latach ciężkiej pracy.

Jeden z nich, jak na ironię, znajdował się nawet w rękach Episkopatu Polski – zwał się OFE „Arka” i miał zbawiać przyszłych emerytów już na ziemi.

15 lat sielanki. W OFE Eldorado, zyski jak z bajki. Aż tu nagle – pierwsza emerytura: 20 złotych. Zong! I po balu. Jak to się stało? Zaraz, zaraz…

Wielkie kasyno emerytalne

Po pierwsze, OFE miały niewielkie możliwości inwestowania pieniędzy, zawężone do tak zwanych „bezpiecznych papierów wartościowych”. W praktyce oznaczało to akcje giełdowe pierwszego parkietu, obligacje państwowe oraz różne bankowe „gwaranty”.

Problem polegał na tym, że w długim okresie czasu inwestowanie w akcje to gra o sumie zerowej. Ktoś musi stracić, żeby ktoś inny mógł zyskać. W międzyczasie wiele przedsiębiorstw wypadło z giełdy, a ich akcje stały się warte tyle, co rolka papieru toaletowego. Inne akcje drastycznie staniały. Rentowność niektórych firm topniała niczym śnieg w pierwszych promieniach wiosny ( a niech mnie ścisną – spółka „Agora” wydająca „Gazetę Wyborczą”).

Wolny rynek, wbrew neoliberalnym balcerowiczowskim fantazjom, nie gwarantuje wiecznego wzrostu. Zyski na giełdzie są chwilowe, spekulacyjne i często oderwane od rzeczywistej wartości emitentów akcji.

OFE stały się zatem zabawką dla panów w eleganckich garniturach – takich, którzy potrafili z poważnym wyrazem twarzy tłumaczyć, że ich milionowe wynagrodzenia to efekt „odpowiedzialnego zarządzania aktywami”. Reforma dostarczała im wagonów gotówki poza wszelką kontrolą i nadzorem, pozwalając na nieograniczone eksperymenty finansowe.

Koszty OFE

  1. Opłata od składki – na starcie, jedna z najwyższych na świecie. W pierwszych latach funkcjonowania OFE pobierały do 10 proc. każdej składki wpłacanej przez ubezpieczonych.
  2. Opłaty za zarządzanie aktywami – początkowo fundusze pobierały 0,6 proc. wartości zarządzanych aktywów rocznie.
  3. Koszty transakcyjne – prowizje maklerskie, koszty zarządzania portfelem i podatki wynosiły od 0,1 proc. do 0,3 proc. wartości aktywów rocznie.

Szacuje się, że:

  • Do 40 proc. zgromadzonych składek w OFE zostało „zjedzonych” przez prowizje i opłaty (zwłaszcza w początkowych latach).
  • Przeciętny ubezpieczony tracił kilka procent wartości swojego kapitału emerytalnego rocznie.

Balcerowicz i jego akolici nie przewidzieli również, że OFE rozwali naturalny rynek akcji. Pojawiły się na Giełdzie Papierów Wartościowych potężne fundusze, gracze bez logiki i rozsądku. Akcje? Sztuczna wartość. Wolny rynek? Wolne żarty.

Komedia ekonomiczna

Kolejnym bezpiecznym sposobem inwestowania pieniędzy przyszłych emerytów były obligacje skarbu państwa – mechanizm tak absurdalny, że aż trudno uwierzyć, że ktoś go poważnie forsował. Cały proceder wyglądał następująco: państwowy ZUS zbierał składki, przekazywał je do prywatnych funduszy emerytalnych (OFE), a te – kupowały za nie obligacje państwowe.

Zatem państwo drukowało obligacje, bo brakowało mu pieniędzy na ZUS, ale gdyby nie oddawało ich prywatnym funduszom, to wcale by ich nie brakowało! Bo oto ZUS przekazywał pieniądze prywaciarzom, którzy kupowali za nie obligacje, żeby państwo mogło dalej finansować ZUS. Nie wiele z tego rozumiecie. Nic dziwnego. Zrozumienie tego szwindlu trwało 10 lat. Ale spróbujcie wam też się uda.

Agonia i wymówki

Krach systemu Balcerowicza w 2011 roku a potem agonia OFE, ciągnąca się dekadę, zakończyła się w 2021 roku. Z powierzonych im fortun, oskubanych przez menadżerskie hieny, do ZUS-u wróciły ochłapy.

Balcerowicz, jak zwykle, miał gotowe usprawiedliwienia: Polacy zbyt długo żyją, rzeczywistość go przerosła (a fe!), kryzysy gospodarcze to wymysł lewaków, system był cacy, tylko następcy go zepsuli. A Tusk to złodziej, ukradł emerytom pieniądze.

Obecnie emeryt Balcerowicz, żyjąc na koszt ZUS-u, wciąż ciąży społeczeństwu niczym kamień u szyi. Taki ma po prostu zwyczaj.

Spuścizna po Balcerowiczu

Najgorszym skutkiem „reform” Balcerowicza nie są ekonomiczne straty, ale dowód na niemożność stworzenia prywatnego systemu emerytalnego w skali kraju. To triumf ZUS-u, który urósł do rangi monopolisty.

Poprzednia prezes ZUS prof. Gertruda Uścińska, jak średniowieczny papież, ogłosiła dogmat: „Tylko ZUS zbawi wasze emerytury!”.

To otworzyło wrota do arogancji, bezprawia i knowań. ZUS stał się państwem w państwie, z przywilejami tajnych służb. Skutki? Ludzkie tragedie, o których tutaj czytacie. Czas na rewolucję!

Ps. Chilijska reforma emerytalna, pierwowzór „dzieła” Balcerowicza, skończyła się tak samo jak polski eksperyment – katastrofą. Prywatne pijawki zostały oderwane od emerytur dopiero w 2023 roku, a system wrócił w państwowe ręce. Historia lubi się powtarzać, zwłaszcza gdy chodzi o błędy.

 

👁 217 wyświetleń | 💚 33 polubień

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *