antyZUSowcy

Śmiertelność w służbie optymizmu!

Andrzej Domański, minister finansów, spogląda w przyszłość z optymizmem. W końcu ma już 17 miliardów od ZUS-u na dobry początek ad 2026.
Zbigniew Derdziuk, prezes ZUS – Houdini polskiej ekonomii. 17 miliardów? To tylko kwestia tabelki w Excelu.

Portal money.pl (Wirtualna Polska Media S.A.) – ten medialny kundel na smyczy partii, merdający ogonem na każde skinienie aktualnego pana – zaszczekał radośnie, obwieszczając światu kolejny dowód na to, że żyjemy w krainie mlekiem i kiełbasą płynącej, w tonie: „Prezent od ZUS dla ministra finansów. Przyjemna niespodzianka dla Domańskiego”.

Zobacz >> https://www.money.pl/gospodarka/zus-zaoszczedzil-dla-budzetu-miliardy-w-ostatnich-latach-tylko-raz-bylo-lepiej-7240929316490208a.html

W przypisach: Andrzej Domański to minister finansów, ZUS reprezentuje prezes Zbigniew Derdziuk.

Dalej czytamy, że ZUS „zaoszczędził dla budżetu” miliardy – konkretnie 17. W ostatnich latach tylko raz było „lepiej”. Brzmi nieźle, jak za czasów, gdy Wałęsa obiecywał z Polski drugą Japonię.

Potem lecą cyferki, procenty, mediany, transfery i że emerytom rośnie jak na drożdżach. Co z tego jest prawdą? W gruncie rzeczy – absolutnie nic.

Nie było prezentu. Była dziura

Po pierwsze: Derdziuk nic Domańskiemu nie dał. Nie było żadnego prezentu, podarku ani bonu z kokardką. To nie Derdziuk wyciągnął z kieszeni 17 miliardów i zaniósł je Domańskiemu do gmachu Ministerstwa Finansów.

Przeciwnie – to Domański miał dać Derdziukowi pełne 81,4 miliarda złotych, bo tak zapisano w ustawie budżetowej. To była konkretna pozycja w Excelu rządu: dotacja do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych (FUS), który bez tych pieniędzy nie przetrwałby nawet jednego poniedziałku.

Teraz się okazuje, że państwowi planiści z Ministerstwa Finansów, wraz z armią urzędników i suwakami logarytmicznymi z ZUS, pomylili się o bagatela 17 miliardów złotych.

Gdy mieszkanie w Warszawie kosztuje 1 milion złotych, to nadal mówimy o równowartości 17 tysięcy mieszkań, które ktoś „przez pomyłkę” zostawił w arkuszu kalkulacyjnym.

Plan był taki, że będzie źle, a wyszło… no, trochę mniej źle

„ZUS zaoszczędził dla budżetu” – ale jak? Może: zwolnił niepotrzebnych pracowników? Nie. Obciął własne koszty administracyjne? Nie. Zredukował liczbę oddziałów, delegatur i podległych urzędów? Nie. Jego system informatyczny wreszcie zaczął działać sprawnie, tanio i skutecznie? Błagam.

W 2025 roku wydano kolejne 558,6 miliona złotych na „informatyzację ZUS”. A system – jak donosi rzeczywistość – nadal potrafi się wysypać przy najprostszym zaświadczeniu, formularzu lub próbie zalogowania przez „profil zaufany”.

Otóż, jak dalej się dowiadujemy, rządowi planiści nie przewidzieli, że na rynku pracy pojawi się dodatkowe 90 tysięcy osób płacących składki. Któż to może być?

Zapewne owi niezbędni pracownicy-imigranci z dalekiej Kolumbii, bez których – jak słyszymy – polska gospodarka już by się zawaliła, choć równocześnie 888 tysięcy zarejestrowanych bezrobotnych nie może znaleźć realnej pracy w kraju, który rzekomo cierpi na „brak rąk do pracy”.

Dzięki tym nowym płatnikom składek do FUS wpłynęło 4,8 miliarda złotych więcej niż pierwotnie zakładano.

Dziękujemy, że umieracie na czas

Ale prawdziwymi bohaterami tego budżetowego „cudu” okazali się emeryci. To oni – jak wynika z danych prezesa Derdziuka – nie przyjęli od ZUS około 10 miliardów złotych świadczeń.

Przy średniej emeryturze wynoszącej dziś około 3600 zł brutto miesięcznie, oznacza to równowartość 231 tysięcy pełnych rocznych emerytur (albo 2 772 000 pojedynczych świadczeń), które po prostu nigdy nie zostały wypłacone.

Zniknęły. Wyparowały. A w ich miejscu pojawiła się osławiona „oszczędność”.

Aby bilans się zgadzał, trzeba jeszcze wyjaśnić pozostałe 2,1 miliarda złotych dodatkowych wpływów. To już klasyka budżetowej księgowości: inflacyjna podwyżka wynagrodzeń w gospodarce powoduje, że składki ZUS – procentowo naliczane od płac – idą w górę szybciej niż świadczenia, które waloryzuje się według odrębnych kluczy.

Plus/minus 17 miliardów… to w granicach błędu statystycznego

To wszystko jest oczywiście obrazem klęski systemowej – i to na pełną skalę. Bo te 17 miliardów „oszczędności” mogą oznaczać jedno z kilku rzeczy.

Albo składki zostały ustalone na zbyt wysokim poziomie, czyli obywatele i przedsiębiorcy płacą więcej, niż system realnie potrzebuje.

Albo ZUS oszukuje na emeryturach i świadczeniach.

Albo pan Derdziuk i pan Domański nie mają pojęcia, co robią, mimo że stoją na czele najważniejszych instytucji finansowych w kraju.

Albo – co jest już chyba najbardziej prawdopodobne – te instytucje nie są w ogóle kierowane, tylko dryfują samopas, jak kontenerowiec bez kapitana, który od ćwierćwiecza płynie bez jasnego kursu.

W praktyce nikt tak naprawdę nie wie, co się tam dzieje. Dane są publikowane, ale bez realnej analizy. Prognozy pisane są z błędem sięgającym dziesiątek miliardów złotych.

System, który powinien być stabilny, przewidywalny i transparentny, działa raczej jak magiczna szkatułka – raz z niej coś wypływa, raz zostaje, ale nigdy nie wiadomo, dlaczego.

Gertruda i Zbigniew śpiewają ten sam hit

I teraz już poważnie, choć to się nie bardzo da. W 2018 roku ówczesna prezeska ZUS prof. Gertruda Uścińska zapewniała opinię publiczną, że „ZUS jest najlepszym systemem emerytalnym w Polsce”, a filar repartycyjno-solidarnościowy jest najbardziej odporny na turbulencje gospodarcze i demograficzne.

Kilka lat później, w 2023 roku, urzędujący prezes ZUS Zbigniew Derdziuk powtórzył ten sam refren, stwierdzając publicznie, że „wasze emerytury są bezpieczne, a system stabilny”.

Wypowiedź ta przypominała wcześniejsze komunikaty z jego pierwszej kadencji (2010–2015), w których również podkreślano „stabilność” i „zdrowe fundamenty” systemu.

Kurwa, ja pierdolę, no ale jak? Na rok 2026 przewidziano kolejną dotację do ZUS w wysokości 90 miliardów złotych. Tak. Dziewięćdziesiąt miliardów.

Może się okaże, że będzie trzeba tylko 70. A może 110. Kto to wie? Excel przyjmie wszystko.

Przecież wyparowało 231 tysięcy rocznych emerytur.

Kurwa, za dużo żyją!

To jest dokładnie moment, żeby prezes Derdziuk wreszcie zadał sobie pytanie: co musiałoby się wydarzyć, żeby ten system był rzeczywiście logiczny, przewidywalny i stabilny?

Prawda jest brutalna – myśli zapewne prezes Derdziuk. Z punktu widzenia księgowego emerytów i innych rencistów w Polsce jest o jakieś 1,8 miliona „za dużo” w stosunku do systemu, który jedzie wyłącznie na bieżących składkach.

„Za dużo” znaczy konkretnie: z aktualnych wpływów – około 279,5 mld zł rocznie – da się sfinansować świadczenia dla maksymalnie 6 milionów osób. Tymczasem ZUS wypłaca je ponad 8 milionom. Różnicę dopisuje budżet.

Mhm!? Mamy naczynia połączone: żeby zrównoważyć ZUS wyłącznie składkami, trzeba by obniżyć wszystkim emerytury. Arkusz mówi bezczelnie: 2612 zł brutto miesięcznie – i bilans się domyka.

To rozwiązanie ma jedną wadę: jest do niczego – skonkludowałby prezes ZUS.

Wariant drugi: grzebiemy przy wieku emerytalnym. Tu wchodzi matematyka, a z nią czarny humor. Z całkiem trzeźwych rachunków wynika, że system zbilansowałby się wreszcie przy wieku 79 lat.

W praktyce przeciętny mężczyzna w Polsce przechodziłby na emeryturę mniej więcej sześć lat po śmierci. Kobiety – nieco później, bo dłużej żyją, ale system przecież nie będzie aż tak seksistowski.

A gdyby cudem dożyć, świadczenie pobieralibyśmy 11 miesięcy i 13 dni. No niezbyt dobrze.

Wariant trzeci: nie ruszamy wieku emerytalnego – wiadomo, polityczne samobójstwo – za to dokręcamy śrubę składkową.

Dziś składka na ZUS (liczona od pensji brutto) wynosi 21,75%. Żeby system się dopiął bez dotacji, musiałaby wzrosnąć do co najmniej 28%, a może nawet 32%.

Czyli: jedna trzecia każdej zarobionej złotówki trafiałaby wprost do mechanizmu redystrybucji ZUS.

To już nie składka. To mandat za to, że wciąż się żyje i pracuje – być może właśnie tak, w swojej chłodnej matematycznej samotności, trzeźwo pomyślałby prezes Derdziuk.

Bilans brzmi jak instrukcja obsługi absurdu: system da się uratować, o ile wszyscy będą żyli krócej, pracowali dłużej i płacili więcej.

Proste – myśli zapewne prezes Derdziuk. Tylko ludzie nie chcą współpracowaćchooolera!

„Jakoś to będzie” – nieoficjalna filozofia polskiego systemu emerytalnego

Oczywiście to jest myślenie technokraty Derdziuka, który przez większość życia, jakie poświęcił ZUS-owi, godził się na hipokryzję: albo kłamiemy społeczeństwu, albo bierzemy lanie.

No bo arkusz kalkulacyjny swoje, ale według niego nie wygrywa się wyborów. Rachunek się zgadza, ale społeczeństwo nie zgadza się na takie rachunki.

Zatem coś tu jest jednak nie tak – powinien był pomyśleć Derdziuk. No nie może być, że społeczeństwo nie jest w stanie utrzymać swoich emerytów – to nonsens. Biologia tak nie działa.

W końcu mimo tego zusowskiego pierdolnika, emeryci żyją i to jednak na relatywnie wyższym poziomie, co oczywiście nie wynika z sukcesów ZUS-u, ale z postępu technicznego, cywilizacyjnego i rozwoju gospodarki.

Dlaczego zatem ZUS musi być instytucją oszukującą, łamiącą prawo i poniżającą tak płatników, jak emerytów?

No to proste! Co by się stało, gdyby ludzie wreszcie dowiedzieli się, że „samofinansowanie” systemu emerytalnego to mit? Co by było, gdyby obywatele nagle zrozumieli, ile realnie płacą na ZUS, z uwzględnieniem podatków, dotacji i transferów?

Co by było, gdyby się dowiedzieli, że za tą potężną instytucjonalną infrastrukturą nie stoją żadne realne pieniądze, tylko umowa społeczna na „jakoś to będzie”?

Uczciwy ZUS? To brzmi jak początek końca III RP

A co najgorsze: co by się stało, gdyby ZUS postawić w tryb niezależności politycznej – tak jak NBP albo NIK? Gdyby prezes nie był powoływany przez rząd, tylko działał według ustawy i rachunku aktuarialnego?

To byłaby klęska. Okazałoby się bowiem, że prezes ZUS – czy to Derdziuk, czy ktokolwiek inny – nie jest żadnym demiurgiem opiekuńczego państwa, tylko kasjerem, który przyjmuje składki i wypłaca świadczenia. Koniec magii.

Żaden inspektor nie mógłby już powiedzieć: „damy panu emeryturę”, bo to nie ZUS ją „daje”, tylko obywatele sami sobie ją finansują. I żadna partia nie mogłaby wygrywać wyborów, obiecując świadczenia finansowane forsą o niewiadomym pochodzeniu.

To byłby policzek wymierzony w majestat Państwa Polskiego, które od dekad żyje z dopłaty do własnej niekompetencji.

Krótko mówiąc: okazałoby się, że król jest nagi. Że Rzeczpospolita mogłaby być państwem uczciwym – lecz historycznie rzecz biorąc, uczciwość zawsze obrażała majestat Rzeczypospolitej.

O kolejnych „sukcesach” prezesa ZUS już za kilka miesięcy.

Przypis 1. Średnia emerytura brutto (2025) wynosiła około: 3600 albo 3900 albo 4200 zł – w zależności od tego, jak ZUS liczy, co akurat podaje do publicznej wiadomości i w którym miesiącu roku.

Mechanizm jest zresztą całkowicie racjonalny: ludzie nieustannie umierają, w pierwszej kolejności ci z niższymi świadczeniami, więc statystyczna średnia musi rosnąć. Śmiertelność w służbie optymizmu!

👁 554 wyświetleń | 💚 33 polubień

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *