antyZUSowcy

ZUS W CIĄŻY CIĘ OBCIĄŻY

W minionym tygodniu – jak doniosły media, same nie do końca wiedząc, co donoszą – odbyło się spotkanie. Gdzie? Nie wiadomo. Kiedy dokładnie? Również nie.

Wiadomo jedynie, że spotkały się dwie postacie. Jedna z imieniem i nazwiskiem: zastępca Rzecznika Praw Obywatelskich, Stanisław Trociuk. Druga – bezimienna, określona lakonicznie jako „wysoki urzędnik ZUS”.

Dla porządku narracyjnego – i żeby nie mnożyć bytów – nazwijmy go po prostu Przydupasem. Nie personalnie. Funkcyjnie.

Przydupasem prezesa ZUS Zbigniewa Derdziuka.

Spotkanie w cieniu tajemnicy

Miejsce rozmowy pozostaje nieznane. A szkoda, bo zdradziłoby, kto był petentem, a kto gospodarzem. Tak czy inaczej, pan Stanisław i pan Przydupas usiedli naprzeciwko siebie i rozmawiali na temat obu stronom doskonale znany, choć każdej nieco inaczej.

Gadali o matkach Polkach. O tym, że kobiety są systemowo i bezwzględnie poniżane przez funkcjonariuszy ZUS (czytaj: obejmowane czynnościami sprawdzającymi w ramach weryfikacji tytułu do ubezpieczeń społecznych).

Dręczone kontrolami (czytaj: objęte wieloetapowym postępowaniem wyjaśniającym w przedmiocie prawidłowości zgłoszenia do ubezpieczenia oraz podstawy wymiaru składek).

Oraz pozbawiane środków do życia (czytaj: objęte czasowym wstrzymaniem wypłaty świadczeń pieniężnych do momentu prawomocnego zakończenia postępowania) – i to dokładnie w momencie, w którym państwo powinno zapewnić młodym matkom maksymalną ochronę.

Pokuśmy się o historyczną, acz hipotetyczną rekonstrukcję dialogu między panami:

Przydupas: Proszę pana, ja naprawdę nie rozumiem tej histerii.
Trociuk: Czego pan nie rozumie? Kobiety rodzą dzieci i nie dostają pieniędzy na życie.
Przydupas: To uproszczenie. One nie „nie dostają”. One są w trakcie procedury. Procedura to proces. Proces wymaga czasu. Czas uspokaja emocje.

Trociuk: One nie mają za co kupić jedzenia.
Przydupas: To zależy, jak zdefiniujemy jedzenie. Poza tym my nikogo nie głodzimy. My tylko wstrzymujemy racje do momentu wyjaśnienia, czy racje się należą.

Trociuk: Są wyroki sądów.
Przydupas: Oczywiście, że są. My je znamy. Leżą w segregatorze. W segregatorze jest porządek. A porządek jest fundamentem systemu.

Trociuk: Są kobiety w połogu.
Przydupas: Nie używałbym takich emocjonalnych słów. My mówimy: „osoby objęte ryzykiem ubezpieczeniowym”. To brzmi znacznie spokojniej.

Trociuk: One płaciły składki.
Przydupas: Wszyscy coś płacą. To nie znaczy, że od razu trzeba coś dostawać. Proszę pamiętać, że system musi być ostrożny. Nadmierna empatia prowadzi do chaosu.

Trociuk: Dzieci zostają bez środków do życia.
Przydupas: Dzieci? Proszę pana, my nie prowadzimy ewidencji dzieci. My prowadzimy ewidencję wniosków. A wnioski, jak pan wie, bywają nieprecyzyjne.

Trociuk: To trwa od lat.
Przydupas: Trwa, bo działa. Gdyby nie działało, dawno byśmy to zmienili.

Trociuk: A jeżeli kobieta ma rację?
Przydupas: Wtedy po kilku latach dostanie pieniądze. Z odsetkami. System jest sprawiedliwy w długim okresie.

Trociuk: W długim okresie dziecko już nie jest niemowlęciem.
Przydupas: No widzi pan. System wychowuje do samodzielności.

Trociuk: Pan mówi o dramacie ludzkim.
Przydupas: Ja mówię o procedurze. Każdy z nas ma swoją wrażliwość zawodową.

Trociuk: Czy pan naprawdę uważa, że to jest w porządku?
Przydupas: Ja nie jestem od uważania. Ja jestem od stosowania. A stosujemy konsekwentnie. To bardzo ważne słowo: konsekwencja.

Zapewne obie strony odnotowały później w notatkach służbowych: „spotkanie uznano za konstruktywne”.

Ubezpieczeniowa fikcja

Ale o co chodzi? A chodzi o sprawę w gruncie rzeczy banalnie istotną. Państwowy system ubezpieczeń społecznych przeszedł metamorfozę: z systemu ubezpieczeń w system antyubezpieczeń społecznych. Zamiast wspierać – represjonuje.

Schemat jest okrutny. Młode kobiety w wieku prokreacyjnym awansują, znajdują lepszą pracę albo – co szczególnie podejrzane – zakładają działalność gospodarczą. Zaczynają płacić wyższe składki na ZUS. I tu cud: ZUS przyjmuje te pieniądze bez zająknięcia. Wszystko jest w porządku. System działa.

Problem zaczyna się wtedy, gdy kobieta – zupełnie niespodziewanie – zachodzi w ciążę. A następnie rodzi. W tym momencie jakiś przydupas w ZUS doznaje olśnienia. Nagle wszystko staje się podejrzane. Awans? Zbyt nagły. Pensja? Zawyżona. Działalność gospodarcza? Za ambitna. Składki? Owszem, legalne – ale bezczelnie zawyżone (zdaniem ZUS-przydupasa).

ZUS odkrywa wówczas, że kobieta zatrudniła się „tylko po to, żeby dostać zasiłek”. Że zadeklarowana składka w jednoosobowej działalności była „nieadekwatna do przychodów”. Że motywacja była niewłaściwa.

Matka – najbardziej bezbronna z istot systemu, świeżo po porodzie, z nową, jeszcze bardziej bezbronną istotą na rękach – dowiaduje się, że przelewu nie będzie. Zamiast pieniędzy dostaje pismo. Zamiast wsparcia – pouczenie o dopuszczalnej drodze sądowej. Zamiast ochrony państwa – informację, że „świadczenie się nie należy”.

Mamy dramat.

Sprawiedliwość po stronie Matki Polki

I co dzieje się dalej? Jeżeli kobieta decyduje się na obronę swoich praw, sprawa trafia na drogę sądową. W tym zakresie istnieje ugruntowana linia orzecznicza, zgodnie z którą „sama motywacja uzyskania świadczeń z ubezpieczenia społecznego nie stanowi obejścia prawa ani nadużycia systemu”.

Sądy konsekwentnie wskazują, że „tak jak naturalne i społecznie akceptowalne jest zawieranie umowy o pracę w celu uzyskania środków do życia, tak samo naturalne jest podejmowanie lub kontynuowanie zatrudnienia w okresie ciąży z zamiarem zapewnienia sobie bezpieczeństwa finansowego na czas macierzyństwa. Okoliczność, iż zawarcie umowy lub zmiana sytuacji zawodowej zwiększa prawdopodobieństwo uzyskania świadczeń z ubezpieczenia społecznego, nie czyni takiego działania ani bezprawnym, ani pozornym.”

Orzecznictwo podkreśla ponadto, że „nie jest moralnie ani prawnie naganne, aby kobieta spodziewająca się okresu zwiększonej zależności społecznej i finansowej podejmowała racjonalne działania zmierzające do zabezpieczenia swoich interesów poprzez zapewnienie świadczeń na możliwie najwyższym, zgodnym z prawem poziomie. Takie zachowanie należy kwalifikować jako racjonalne i zgodne z funkcją systemu ubezpieczeń społecznych, a nie jako działanie sprzeczne z prawem lub zasadami współżycia społecznego.”

ZUS jak beton – nie do ruszenia

I ta linia orzecznicza obowiązuje od siedemnastu lat. Siedemnastu. I co? I nic. Kompletnie nic.

Były interwencje Rzecznika Praw Obywatelskich. Były pisma, apele, spotkania, „zaniepokojenia” i „wyrażenia troski”. Było wzywanie przydupasów przed komisje sejmowe, gdzie z powagą tłumaczyli, że „sprawa jest złożona”, „procedury wymagają czasu” i „nie można generalizować”.

Było wzywanie tych samych przydupasów przed dyrektorów ministerstw, gdzie z kolei zapewniali, że „wyciągnięto wnioski” i „trwają prace analityczne”.

Były zalecenia Najwyższej Izby Kontroli. Była krytyka prasowa: wywiady, dramatyczne historie matek z dziećmi na rękach i kontami w stanie zero. Było wszystko, czego można oczekiwać w państwie, które udaje, że reaguje.

Efekt? Żaden.

Siedemnaście lat dowodów, wyroków i apeli nie zrobiło na ZUS-ie większego wrażenia niż literówka w formularzu.

Margines czy problem społeczny?

Czy mamy do czynienia z problemem społecznym, czy tylko z marginesem? Oczywiście – z marginesem. Jedna kobieta zdychająca z głodu w połogu to przecież żaden problem. Liczy się wyłącznie prawda statystyczna.

ZUS, rzecz jasna, nie chwali się tym, ile zasiłków odebrał matkom. Co najwyżej można o tym wnioskować pośrednio – z wyroków sądowych. A że relacja liczby spraw wszczętych do liczby incydentów bywa w takich systemach zaskakująco stała, da się jednak coś oszacować.

I wychodzi nam 5–6 tysięcy przypadków rocznie. Niewiele. Prawie nic. Statystyczny szmer. Przy 200–300 tysiącach kobiet (różnie to bywało), które w ostatniej dekadzie co roku zachodziły w ciążę.

Ale biorąc pod uwagę przewlekłość tej opresji, zaczyna się robić niezręcznie. Bo nagle okazuje się, że mówimy o 80–100 tysiącach represjonowanych.

Margines wielkości średniego miasta.

Koszty bezduszności

I tu pojawia się pytanie zasadnicze: dlaczego to w ogóle się dzieje. Bo mówiąc poważnie – to się ZUS-owi zwyczajnie nie opłaca. Ani finansowo, ani systemowo, ani wizerunkowo.

Skala 5–6 tysięcy przypadków rocznie nie ratuje budżetu, nie stabilizuje systemu, nie ma żadnego znaczenia makroekonomicznego.

Ale… 5–6 tysięcy odmów zasiłku rocznie. ZUS: około 42 tysiące pracowników. Jednej sprawy dotyka realistycznie od 7 do 9 osób. Każda „wątpliwa” matka uruchamia wieloosobowy aparat śledczy: od inspektora, przez przełożonych i prawników, po reprezentację przed sądem.

To 35–54 tysiące „zaangażowań osobowych”. Ktoś powinien to wreszcie policzyć i zapytać: czy taka odmowa ma w ogóle sens ekonomiczny?

Skoro więc nie chodzi o pieniądze, chodzi o coś innego.

Krew i kości za biurkiem

Prawo prawem – ale każda decyzja odmowna ma podpis. Ktoś inicjuje, ktoś prowadzi, ktoś zatwierdza. To ciąg świadomych czynności podejmowanych przez konkretne osoby.

„System” bywa wygodnym eufemizmem i jeszcze wygodniejszym wytłumaczeniem. W rzeczywistości jednak w ZUS nie pracuje żaden system, lecz ludzie z krwi i kości.

Ludzie, którzy codziennie decydują, czy kobieta w połogu dostanie pieniądze na życie, czy decyzję z odmową. Ludzie, którzy wiedzą – bo wiedzieć muszą – że po drugiej stronie nie ma „wniosku”, lecz matka i dziecko.

I mimo tej wiedzy procedują dalej. To jest powtarzalne, konsekwentne i utrwalone.

A skoro tak, to musi mieć swoje źródła. Skąd ta bezduszność, bezwzględność i arogancja? Skąd to poczucie całkowitej bezkarności?

Męskie świnie w ZUS?

I w tym miejscu pojawia się argument, że za tym mechanizmem stoją po prostu męskie, szowinistyczne świnie – by zacytować dosadną argumentację jednej z organizacji prokobiecej. Argument brutalny, ale oparty na mocnej podstawie prawnej.

W wyroku Europejskiego Trybunału Praw Człowieka z 4 lutego 2021 r. w sprawie Jurčić przeciwko Chorwacji jednoznacznie wskazano, że decyzje pozbawiające kobietę świadczeń wyłącznie z powodu ciąży stanowią nierówne traktowanie ze względu na płeć.

Trybunał stwierdził:

„Decyzja odmawiająca prawa do świadczeń z zakresu zabezpieczenia społecznego i uznająca zatrudnienie za fikcyjne ze względu na stan ciąży mogła zapaść jedynie w stosunku do kobiet. Bezsprzecznie więc stanowi przypadek odmiennego traktowania ze względu na płeć (art. 14 Konwencji o ochronie praw człowieka i podstawowych wolności).”

Takie podejście wobec kobiet jest zatem z definicji dyskryminujące.

Kobiety przeciwko matkom

A teraz pojawia się problem, który wielu osobom może się nie spodobać, bo burzy wygodną narrację. Otóż 75–85 proc. zatrudnionych w ZUS to kobiety. Kierownictwa inspektoratów – około 209 jednostek – są niemal całkowicie sfeminizowane, podobnie jak oddziały, w których kobiety stanowią wyraźną większość kadry.

Fakty są uparte. Nie dają się zagadać.

Jeżeli więc ktoś chce tłumaczyć praktyki ZUS „męskim szowinizmem”, musi się na chwilę zatrzymać. Bo to nie pasuje do danych. Tu nie mamy do czynienia z grupą mężczyzn pastwiących się nad kobietami. Mamy do czynienia z czymś znacznie bardziej niepokojącym.

To nie jest szowinizm. To jest przemoc instytucjonalna wykonywana przez kobiety wobec kobiet – w ramach hierarchii, procedur i kultury organizacyjnej, która skutecznie wyprała z kobiet elementarną empatię.

Dlatego że są urzędniczkami w systemie, który nagradza bezwzględność, a współczucie musiało zaniknąć.

Dlaczego?

Instytucjonalna schizofrenia

Ponieważ nie ma publicznej odpowiedzi na fundamentalne pytanie: czyje interesy ZUS właściwie reprezentuje? Płatników składek? Świadczeniobiorców? Skarbu Państwa łatającego budżet? Aktualnie rządzącej większości politycznej? Ministerstwa pracy? Demokratycznie wybranego parlamentu?

A może młodych matek i nowo narodzonych dzieci, których bezpieczeństwo miało być jednym z sensów istnienia systemu ubezpieczeń społecznych?

A może interes własny: stabilność aparatu, statystyki, „wyniki”, wewnętrzne wskaźniki i sprawozdania, które muszą się zgadzać niezależnie od kosztów społecznych.

To nie jest kwestia techniczna. To jest kwestia ustrojowa.

I w tym państwie istnieje tylko jedna osoba, która zna na nią pełną odpowiedź – prezes ZUS Zbigniew Derdziuk.

Milczenie w tej sprawie nie jest już neutralnością ani urzędniczą ostrożnością.

Jest współudziałem w systemowej krzywdzie.

I za tę krzywdę ktoś w końcu będzie musiał ponieść odpowiedzialność .

👁 330 wyświetleń | 💚 31 polubień

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *